Samo życie – czyli co mi się tam wydarzyło ostatnio (skrót)

17 Styczeń 2008

1. Achimek dorasta i jest niesforny mocno, wszędzie zagląda, wszystko musi złapać, a na jedzenie się rzuca jak lew, nikt by nie przypuszczał, że raczkujące dziecko może osiągać takie prędkości ;) Przewijać go samemu to już jest wyczyn, tak się kręci i wywija… Oliwia też nie pozostaje dłużna pokazuje swoje złości, nie słucha się, generalnie niezły charakterek… No i przez to wszystko mamy coraz mniej czasu dla siebie.

 

Rano pobudka, rozworze wszystkich, potem powrót, Agnieszka ma korki, usypianie dzieci, sen i tak w kółko… ale to nie wszystko bo…

Achimek i Bulba

2. … Agnieszka jest znów w ciąży… już się boimy, no ale im więcej hołoty w domu tym fajniej ( ale dopiero za parę lat, na razie patrz punk pierwszy.

3. Na Święta Wigilię robiliśmy u nas – nigdy więcej nie popełnię tego błędu, niestety ja byłem pomysłodawcą i nie mam za to kogo sprać. Chodzi głównie o Mamuśki, które mają swoje charakterki, no nie ma się co rozpisywać.

4. Pierwszy Dzień Świąt to imprezka parapetowo/rocznica ślubu, na obiadek Maciaki i Zalipscy, a wieczorkiem młodzież, fajnie było tylko mnie na koniec Justyna Resora spiła i miałem wielkiego kaca z rana. Dzięki wszystkim, że wpadli. A Maro i Gurciki wiecie jeszcze się umówimy, Resora też ściągniemy chociaż swoje odbębnił ;)

Gromadka imprezkowa

5. … a następnego dnia jechaliśmy do Lądka, chyba nie muszę mówić jak ciężko mi się wstawało, potem sprzątanie, pakowanie i zostawiliśmy taki syf, że aż mi wstyd….

Pojechaliśmy do Lądka Zdroju do Leszka, mają tam fajna restaurację ‘Maleńka’, w środku fajny wystrój, jak w pubie, przytulnie, dodatkowo dobre żarcie w dużych porcjach. Wszystko by było git gdybym się nie rozchorował biegając za Oliwią na stoku (jeździła na nartach ;) ). Dawno mnie coś takiego nie złapało, kaszel zbierający na wymioty, kompletna niechęć do jedzenia… blach straszne. Oczywiści Agnieszka potem też złapała a dzieciaki zaczęły gorączkować. Sylwestra praktycznie nie miałem. Potem wróciliśmy do domu i się leczyliśmy antybiotykami. Kaszel mam jeszcze do dziś…

6. Zmieniam pracę od pierwszego lutego, ale na razie nie zapeszam.

No to chyba na tyle…


Co z tym łikendem?

4 Październik 2007

A był przyjemny dziękuję.

Ten łikend był zaplanowany od dawna, ostatnio wogóle trzeba wszystkie spotkania planować dużo wcześniej. U naszych przyjaciół Zielaka i Vero(pozdrawiam) to sie musimy zapisywać z dwómiesięcznym wyprzedzeniem, paranoja, chamy niemyte nie mają dla nas czasu. Gdzie minęły te dni, że co tydzień w piątek oddawaliśmy się uroczemu upojeniu alkoholowemu w sporej gromadce przyjaciół, a teraz ten nie ma czasu, ten ma daleko, ten ma dzieci, po jednym słuch zaginął, a my też z dwójką dzieci to ciężko. A wracając do planowania to i nam coraz częściej się zdarza, że musimy. No tylko u nas na budowie wszystkie plany biorą w łeb hehe, ale cicho nie zapeszam bo niby, teoretycznie, wszystko na to wskazuje, powiedział mi szef budowy, mamy dzisiaj mieć prąd, oczywiście nie chwalę się, bo się nie uda, a gniazdek i tak wszystkich nie podłączyłem…

O czym to ja miałem pisać? Aaa łikend…

Nasampierw w sobotę państwo Zielińscy zaprosili na na działeczkę do Babci(szacunek) w ramach obchodów pierwszej rocznicy ślubu(współczuję ;) ) na wielkie picie. Picie… picie… hmm zaraz zaraz to niedaleko tamy w Dębe, jakieś 60km od nas to trzeba pojechać samochodem, impreza od 14, zapraszają z dziećmi no to bierzemy, z dziećmi to się ze znajomymi nie zabierzemy trzeba jechać samemu, żona nie ma prawa jazdy i tak doszliśmy do wniosku, że z picia nici. I tak stałem całą imprezę i patrzyłem na oddających się piwu znajomym.

Ale to może od początku…

Wniosek numer jeden – bądź sam sobie pilotem, bo oczywiście mówię takiemu Dadamowi(jadącemu przed nami), że ma jechać przez Nowy Dwór, coby dojechać od południa, to nie musiał sobie wymyśleć inaczej, potem żona, no niby była tu, ale było ciemno (kobiety to się na pilotów wogóle nie nadają, orientacji w terenie zero, nie pamięta toto którędy jechało, a z mapą się gdzieś zorientować to też problem), dopiero po telefonie dowiedziałem się jak dojechać.

Miejscówka muszę powiedzieć przyjemna, lasek, kawał dzikiego terenu, domek z kibelkiem super. Powitało nas ognisko, kiełbaski, piwko(damn) no i oczywiście Młoda Para(zdrówko). Oliwa była zadowolona bo mogła się bawić z koleżanką, a my też sobie nie skąpiliśmy towarzystwa znajomych. Jeden minus: musieliśmy się zmywać przed 20 bo byliśmy umówieni dalej.

Umówiliśmy się mianowicie z Gurcikiem i Anią jeszcze na weselu u Resora obejrzeć domek, posiedzieć, pogadać, dać się pobawić dzieciakom, no i samemu pograć na Nintendo Wii

Start był ciężki, najpierw nadzialiśmy się na korek, potem pojechaliśmy złą drogą, w sumie godzina i kilkanaście kilometrów w plecy no ale mówi się trudno drugi raz trafię bez problemu. Niemałym zaskoczeniem było to, że oni mieszkają na totalnym zadupiu, czemu tam to już pytajcie ich, mi się o tym nie chce pisać, generalnie zadupie jak się patrzy, ale…

Sam domek bardzo fajny, powiem szczerze podoba mi się bardzo, jak bym miał wybór i mógł sam w kwestii swojego domu decydować to właśnie coś w ten deseń bym wybrał. Jedna kondygnacja, szeroki od frontu, taki ‘dworek’, korytarz przez całą szerokość, na środku salon, generalnie to proście Gurcika o jakiś rzut(link po prawej). Co prawda jest to wszystko jeszcze nie urządzone do końca, ale ma już pewne oznaki niezłego domku.

No tu nocowaliśmy, więc miałem nadzieję, że co nieco wypiję, nie było mi dane… Gurcik polewał niezbyt często, a to dlatego że zaczęliśmy grać na Wii. Muszę przyznać bardzo przyjemna sprawa i nie omieszkam sobie w niedługim czasie zakupić, może nawet żona będzie ze mną grać(no dobra nie będę przesadzał). Nieużywane partie mięśni bolały mnie jeszcze do wtorku… Fajna sprawa i polecam, może wciągnąć zagorzałych przeciwników gier, szkopuł tkwi w sterowaniu tymi zabawkami, otóż sterownik do tego ma czujniki ruchu, czyli żeby w grze uderzyć to trzeba sie zamachnąć itd. Chodzi o to, że wstajemy z kanapy, fotela i ‘czynnie’ uczestniczymy w zabawie. Ja się nie mogłem oderwać, no ale wiadomo nie każdemu przypasuje.

Następny dzień spędziliśmy na leniuchowaniu, objadaniu gospodarzy, zaciąganiu się świeżym wiejskim powietrzem i innych mało interesujących rzeczach, tak więc sobie odpuszczę…

Ważna informacja – do Gurcików mamy 60km, czyli w sumie nie tak dużo żeby pooddychać tamtejszym powietrzem, drżyjcie więc bo wrócimy.

Podsumowując łikend bardzo udany, szczególnie w porównaniu do wakacyjnych ‘łikendów z pędzlem i farbą”, no cóż te zaoszczędziły nam kosztów, ten ostatni nie :) Ale trzeba podtrzymywać bliskie stosunki z przyjaciółmi bo czym by było to życie bez nich.

Tym optymistycznym akcentem zakończę tą przydługą i mało spójną(non stop mi ktoś przeszkadzał i pisałem to cały dzień) relację, chyba nawet nikt nie będzie czytał bo po co te farmazony… ale ja sobie chociaż kiedyś zajrzę i powspominam.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.