Co z tym łikendem?

A był przyjemny dziękuję.

Ten łikend był zaplanowany od dawna, ostatnio wogóle trzeba wszystkie spotkania planować dużo wcześniej. U naszych przyjaciół Zielaka i Vero(pozdrawiam) to sie musimy zapisywać z dwómiesięcznym wyprzedzeniem, paranoja, chamy niemyte nie mają dla nas czasu. Gdzie minęły te dni, że co tydzień w piątek oddawaliśmy się uroczemu upojeniu alkoholowemu w sporej gromadce przyjaciół, a teraz ten nie ma czasu, ten ma daleko, ten ma dzieci, po jednym słuch zaginął, a my też z dwójką dzieci to ciężko. A wracając do planowania to i nam coraz częściej się zdarza, że musimy. No tylko u nas na budowie wszystkie plany biorą w łeb hehe, ale cicho nie zapeszam bo niby, teoretycznie, wszystko na to wskazuje, powiedział mi szef budowy, mamy dzisiaj mieć prąd, oczywiście nie chwalę się, bo się nie uda, a gniazdek i tak wszystkich nie podłączyłem…

O czym to ja miałem pisać? Aaa łikend…

Nasampierw w sobotę państwo Zielińscy zaprosili na na działeczkę do Babci(szacunek) w ramach obchodów pierwszej rocznicy ślubu(współczuję 😉 ) na wielkie picie. Picie… picie… hmm zaraz zaraz to niedaleko tamy w Dębe, jakieś 60km od nas to trzeba pojechać samochodem, impreza od 14, zapraszają z dziećmi no to bierzemy, z dziećmi to się ze znajomymi nie zabierzemy trzeba jechać samemu, żona nie ma prawa jazdy i tak doszliśmy do wniosku, że z picia nici. I tak stałem całą imprezę i patrzyłem na oddających się piwu znajomym.

Ale to może od początku…

Wniosek numer jeden – bądź sam sobie pilotem, bo oczywiście mówię takiemu Dadamowi(jadącemu przed nami), że ma jechać przez Nowy Dwór, coby dojechać od południa, to nie musiał sobie wymyśleć inaczej, potem żona, no niby była tu, ale było ciemno (kobiety to się na pilotów wogóle nie nadają, orientacji w terenie zero, nie pamięta toto którędy jechało, a z mapą się gdzieś zorientować to też problem), dopiero po telefonie dowiedziałem się jak dojechać.

Miejscówka muszę powiedzieć przyjemna, lasek, kawał dzikiego terenu, domek z kibelkiem super. Powitało nas ognisko, kiełbaski, piwko(damn) no i oczywiście Młoda Para(zdrówko). Oliwa była zadowolona bo mogła się bawić z koleżanką, a my też sobie nie skąpiliśmy towarzystwa znajomych. Jeden minus: musieliśmy się zmywać przed 20 bo byliśmy umówieni dalej.

Umówiliśmy się mianowicie z Gurcikiem i Anią jeszcze na weselu u Resora obejrzeć domek, posiedzieć, pogadać, dać się pobawić dzieciakom, no i samemu pograć na Nintendo Wii

Start był ciężki, najpierw nadzialiśmy się na korek, potem pojechaliśmy złą drogą, w sumie godzina i kilkanaście kilometrów w plecy no ale mówi się trudno drugi raz trafię bez problemu. Niemałym zaskoczeniem było to, że oni mieszkają na totalnym zadupiu, czemu tam to już pytajcie ich, mi się o tym nie chce pisać, generalnie zadupie jak się patrzy, ale…

Sam domek bardzo fajny, powiem szczerze podoba mi się bardzo, jak bym miał wybór i mógł sam w kwestii swojego domu decydować to właśnie coś w ten deseń bym wybrał. Jedna kondygnacja, szeroki od frontu, taki ‚dworek’, korytarz przez całą szerokość, na środku salon, generalnie to proście Gurcika o jakiś rzut(link po prawej). Co prawda jest to wszystko jeszcze nie urządzone do końca, ale ma już pewne oznaki niezłego domku.

No tu nocowaliśmy, więc miałem nadzieję, że co nieco wypiję, nie było mi dane… Gurcik polewał niezbyt często, a to dlatego że zaczęliśmy grać na Wii. Muszę przyznać bardzo przyjemna sprawa i nie omieszkam sobie w niedługim czasie zakupić, może nawet żona będzie ze mną grać(no dobra nie będę przesadzał). Nieużywane partie mięśni bolały mnie jeszcze do wtorku… Fajna sprawa i polecam, może wciągnąć zagorzałych przeciwników gier, szkopuł tkwi w sterowaniu tymi zabawkami, otóż sterownik do tego ma czujniki ruchu, czyli żeby w grze uderzyć to trzeba sie zamachnąć itd. Chodzi o to, że wstajemy z kanapy, fotela i ‚czynnie’ uczestniczymy w zabawie. Ja się nie mogłem oderwać, no ale wiadomo nie każdemu przypasuje.

Następny dzień spędziliśmy na leniuchowaniu, objadaniu gospodarzy, zaciąganiu się świeżym wiejskim powietrzem i innych mało interesujących rzeczach, tak więc sobie odpuszczę…

Ważna informacja – do Gurcików mamy 60km, czyli w sumie nie tak dużo żeby pooddychać tamtejszym powietrzem, drżyjcie więc bo wrócimy.

Podsumowując łikend bardzo udany, szczególnie w porównaniu do wakacyjnych ‚łikendów z pędzlem i farbą”, no cóż te zaoszczędziły nam kosztów, ten ostatni nie 🙂 Ale trzeba podtrzymywać bliskie stosunki z przyjaciółmi bo czym by było to życie bez nich.

Tym optymistycznym akcentem zakończę tą przydługą i mało spójną(non stop mi ktoś przeszkadzał i pisałem to cały dzień) relację, chyba nawet nikt nie będzie czytał bo po co te farmazony… ale ja sobie chociaż kiedyś zajrzę i powspominam.

Reklamy

One Response to Co z tym łikendem?

  1. Gurthg Shae pisze:

    Czytamy, stary, czytamy. Wnioski wyciągamy, wyciągamy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: